Dobry zwyczaj, nie pożyczaj

pożyczanie

Wpis luźno inspirowany twórczością Airsoft to ciężki kawał bułki z chlebem 🙂

Dobry zwyczaj – nie pożyczaj, czyli pożyczanie replik w praktyce

Moja przygoda z airsoftem zaczęła się za namową dwóch kolegów z pracy. Owszem, wcześniej coś tam słyszałem o airsofcie i podobnych grach, zdarzyło mi się nawet kilka razy zagrać w paintball z okazji wieczoru kawalerskiego lub integracji w firmie. Dość ograniczony poziom wiedzy kazał mi wówczas żyć w przeświadczeniu, że airsoftowcy to smutni frajerzy, którzy przebierają się za prawdziwe wojsko i biegają po lesie, strzelając do siebie plastikowymi kulkami. Niemniej dwóch rzeczonych kumpli namawiało mnie i namawiało, opowiadając przy tym często o przewagach i zaletach airsoftu. No i namówili.

Jedną z przyczyn, dla których wzbraniałem się przed strzelankami, był całkowity brak sprzętu. Obaj koledzy, zaprawieni w bojach airsoftowcy, byli obwieszeni rozmaitym szpejem, co zresztą często pokazywali na różnych zdjęciach. Argument mój zbyli prostym stwierdzeniem, że przecież mogą mi wszystko pożyczyć, a jak mi się spodoba to ewentualnie zacznę zbierać własne wyposażenie. I że to wcale nie jest takie drogie, jak się wydaje (do dzisiaj im to wypominam).

Doskonale pamiętam pierwszych kilka strzelanek. Lekko za mały mundur w DPM i dwie ładowniczki na pas, alternatywnie chiński multicam i magi upychane po kieszeniach (nawiasem mówiąc do dziś tęsknię za tak ultra-lekkim outfitem). No i najważniejsze – repliki. Pożyczali mi je zamiennie. Od pierwszego z nich dostawałem coś w stylu Stubby Killera marki do dziś mi nie znanej. Drugi użyczał mi swojego wypieszczonego, koszernego do granic AKMSa. Na wszystkich strzelankach bawiłem się oczywiście świetnie, ale do dziś pamiętam, że spokoju nie dawała mi jedna rzecz – ich pełne niepokoju spojrzenia, którymi obdarzali mnie właściwie cały czas, a których znaczenie i powód były dla mnie lekką zagadką. Olśnienie przyszło dużo później, gdy już sam stałem się szczęśliwym posiadaczem własnej repliki i to na mnie przyszła pora, by pożyczyć ją początkującemu adeptowi airsoftu. Wtedy dopiero zrozumiałem, o co im chodziło.

Strzelankę, na której po raz pierwszy pożyczyłem mojemu dobremu koledze swoją giwerę wspominam tragicznie. Nie uważam się za fetyszystę, chociaż w replikę włożyłem trochę czasu, wysiłku i pieniędzy. Jej sponiewierany i zużyty wygląd pokazuje też dość jasno, że nie raz nie dwa zdarzyło jej się obić o drzewo, kamień lub zaliczyć bliski kontakt z czymś twardym. Ot, replika która ma przede wszystkim strzelać i trafiać, a nie wyglądać jak wychuchane cudeńko wprost z pudełka. Giwera z charakterem, która swoje już przeżyła. A mimo to pajęczy zmysł aktywował się za każdym razem, gdy kolega-noob wymachiwał nią zbyt zamaszyście. Lodowaty chłód ściskał serce, gdy składając się do strzału haczył o gałęzie. Pojedyncza, smutna łza spłynęła z oka, gdy rzucił się na ziemię, przygniatając ją swoim ciężarem. Później okazało się zresztą, że ułamał atrapę suwadła.

Żeby nie było – obiektywnie rzecz biorąc nie zrobił z nią wiele gorszego niż mi samemu się przy różnych okazjach zdarzało (no może oprócz suwadła). A jednak sam fakt, że oddałem swoją ukochaną replikę w cudze ręce sprawiał, że nie mogłem się pozbyć ciągłego niepokoju. Więcej czasu spędzałem zerkając ukradkiem czy wszystko z nią okej i czy jeszcze jej nie zniszczył, niż strzelając do przeciwnika. Nic więc dziwnego, że nie wspominam najlepiej tamtej strzelanki i niezbyt dobrze się na niej bawiłem. Niby to tylko kawał stali i drewna, ale lepiej czułem się pożyczając mu auto, niż replikę. Dość powiedzieć, że od tamtej pory zdecydowanie staram się unikać użyczania swojej giwery. I oczywiście przeprosiłem swoich dwóch kumpli za stres, którego nieświadomie im dostarczałem na początku swojej airsoftowej przygody. Razem zgodnie doszliśmy do wniosku, że pożyczanie repliki komuś innemu to mimo wszystko średni pomysł.

No ale nie wykluczam, że to my jesteśmy jacyś dziwni, a dla większości airsoftowców pożyczanie znajomemu repliki nie jest niczym strasznym 😀 Co o tym sądzicie? Czy często zdarza się Wam pożyczać swoją broń innym? Czy wynikły z tego jakieś nieprzyjemne lub stresujące sytuacje? A może wręcz przeciwnie – wszystko było okej, a pożyczanie sprawia Wam radość i satysfakcję, że ktoś inny może używać Waszego sprzętu? Dajcie znać w komentarzach!

1 Komentarz

  1. Jaszczomp napisał(a):

    Mam tak samo 🙂 Za każdym razem, gdy pożyczałem komuś klamkę, wracała zepsuta…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook