Misja Afganistan 2016 – sprawozdania część 1.

Misja Afganistan

Siedząc sobie wygodnie na kanapie z pochrapującym psim pyskiem na nogach wspominałem echa niedawno minionych imprez, na których w doborowym towarzystwie przychodziło mierzyć się z zadaniami, wymagającym przeciwnikiem i nie mniej wymagającą pogodą. Miałem ochotę na więcej. Tylko co by tu wcisnąć do kalendarza…?

Z pomocą przyszedł znajomy, który przy okazji wymiany historyjek z naszego sześciomilimetrowego hobby wspomniał o czymś takim jak „Misja Afganistan”. Słyszałem już wcześniej dobre opinie o tym evencie, termin akurat miałem wolny, więc nie trzeba było mnie długo namawiać. Jedziemy!

 

Dzień 0 – Starszy specjalista od robót ziemnych

Na miejsce imprezy dojechaliśmy wczesnym popołudniem, dzień przed rozpoczęciem. Okazało się, że rejestracja jeszcze nie ruszyła, więc postanowiliśmy udać się na miejsce, w ktorym miał powstać nasz dumny Camp Mike (GB3). Po drodze mijaliśmy rozstawione namioty organizatorów, wznoszące się posterunki oraz masę zabezpieczenia logistycznego. Widać było, że organizator wie co robi i robota idzie w dobrym kierunku. Na miejscu zastaliśmy już pierwszych pionierów, stertę segmentów ogrodzenia i stelaże do namiotów. Biorąc pod uwagę zaawansowanie umocnień, które mijaliśmy oraz widoczną kilkaset metrów dalej bazę główną byliśmy nieco zaskoczeni, że nie ma nawet wszystkich części składowych namiotów, na które zgłosiliśmy zapotrzebowanie. Zrzuciliśmy graty i zabraliśmy się do roboty.

 

Sprawnie wytyczyliśmy obszar naszej bazy, postawiliśmy dwa stelaże po NS 10 pod przyszłe namioty kombinowane. W międzyczasie docierały do nas kolejne segmenty ogrodzenia, materiał do owinięcia ścian, oraz rusztowania pod wieże wartownicze. FOB zaczął nabierać kształtów. W przerwie pomiędzy stawianiem ścian, a kopaniem umocnień sprawnie przeszliśmy rejestrację. W pakietach uczestników znaleźliśmy standardowo mapę imprezy, katalogi od sponsorów, walutę fabularną itd. (swoją drogą trochę spada morale kiedy dowiadujesz się, że twój dwudniowy żołd to 4 dolce 😉 ). Poza tym miły akcent w postaci naszywki z imprezy. Po spełnieniu formalności powróciliśmy na budowę. Specyficzna lokalizacja pozwoliła nam na dogodne umiejscowienie wzmocnionych punktów obserwacyjnych – wykop ciasny, ale własny. Trochę to trwało, ale FOB w końcu stał. Zadowoleni z wykonanej roboty rozpoczęliśmy integrację z pozostałymi członkami Camp Mike. Niezłą atrakcją okazali się kupcy z pobliskiego bazaru, którzy rozpoczęli klimacenie fabularne. Zdecydowanie dobra robota Panowie (szkoda tylko tej limitowanej gazety z kozami 😉 )!

 

Atak koziej grypy!

Atak koziej grypy!

 

Dzień 1 – Słoneczny patrol

Gra miała rozpocząć się w godzinach późno porannych. Mieliśmy chwilę czasu na ogarnięcie po wczorajszym wieczorze oraz przygotować się do wymarszu na główną bazę (ze względów fabularnych wszystkie FOBy startowały jako zajęte przez talibów i należało je odbić). Ostatnie przygotowania przed wyjściem, szybki test repliki i… włącznik boxa wbił mi się do środka. Nosz… Szybko zorientowałem się, że tego w tej chwili nie naprawię, więc w biegu za oddalającą się kolumną musiałem ładować magazynki do odkurzonej emki.

 

 

Po briefingu i kilkudziesięciu minutach czekania ruszyliśmy odbijać FOBy. Pierwszy na naszej drodze był GB3. Drogą ruszyli najpierw saperzy z wykrywaczami min. W pewnej odległości od nich kolumny piechoty i wozy bojowe. Nie minęło wiele czasu i napotkaliśmy pierwsze gniazda oporu oraz kręcących się wszędzie cywili, co do których nie było pewności jak się zachować. Opór na drodze do naszego obozu narastał. Przy samej bramie miała miejsce przedłużająca się potyczka, ale przewaga w ludziach i sprzęcie pozwoliła nam w końcu wedrzeć się do środka i wyeliminować resztki oporu. Camp Mike był znów nasz. Złapaliśmy krótką chwilę na sprawdzenie stanu bazy i uzupełnienie pierwszych strat. Część ludzi została oddelegowana do ochrony bazy, inni odpoczywali, a kolejna grupa została wysłana do rozminowania drogi przy pobliskim bazarze w celu przejazdu MEDEVACa.

Postawiłem sobie za cel naprawić za wszelką cenę zepsutego boxa do PKM, lecz niestety nie udało mi się tego wykonać w satysfakcjonującym stopniu (jeśli zwieranie płytek przełącznika pincetą można nazwać jakąkolwiek naprawą – no cóż, przynajmniej box działał). Niezbyt uradowany efektami postanowiłem dołączyć do reszty grupy rozminowującej. Nie przeszedłem kilkudziesięciu metrów kiedy napotkałem tę właśnie grupę wracającą do bazy. To by było na tyle z popołudniowych atrakcji dla mnie. Jako, że w naszym obozie obowiązywał system rotacyjny (jedni wychodzili na patrole, inni odpoczywali, a kolejni trzymali wartę) po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na posterunki.

 

 

Z obsadzonego okopu mogliśmy obserwować mieszczącą się pomiędzy nami a główną bazą wioskę. Utrzymanie jej mieszkańców po naszej stronie było jednym z kluczowych zadań ze względu na jej strategiczne położenie. Mieszkańcy ubrani w tradycyjne stroje afgańskie nie wzbudzali naszego zaufania tym bardziej, że posiadali broń – sytuacja była napięta. Wysłany został oddział mający za zadanie nawiązać kontakt z mieszkańcami. Mieszkańcy wioski nie przejawili żadnych wrogich zamiarów i po uzyskaniu niezbędnych informacji patrol powrócił do bazy. Mimo to zalecono zwracać szczególną uwagę na tym kierunku.

 

 

Jak łatwo się domyślić stanie na warcie po jakimś czasie stało się nużące. Słońce wyjątkowo dawało się we znaki. Nie bez powodu GB3 został okrzyknięty mianem „patelni”. Zapasy wody szybko znikały i wymagały uzupełnień. Co gorsza poza mijającą nas delegacją do wioski nie działo się absolutnie NIC. Gdzieś w oddali słychać było pojedyncze strzały, niedaleko głównej bazy słychać było protesty, a po chwili wybuch (zakładam, że ktoś wysadził się w tłumie), a u nas nic. Po jakimś czasie dotarli do nas nasi zmiennicy.

 

 

Schodząc posterunków jednomyślnie stwierdziliśmy, że trzeba nam jakiegoś zadania z pościgami, wybuchami itd. Ruszyliśmy w teren. Mieliśmy dotrzeć do jednej z licznych wiosek rozrzuconych po terenie gry. Nie niepokojeni dotarliśmy do punktu docelowego i zdobyliśmy potrzebne informacje oraz… telewizor. Zdobycie go było jednym z warunków współpracy sąsiadującej z nami wioski. Rozpoczęliśmy drogę powrotną. Kilku miejscowych poprosiło o ochronę, a że mieliśmy taki sam cel wędrówki pozwoliliśmy im dołączyć do kolumny. Przeszliśmy kilkaset metrów kiedy zdecydowali się na próbę zadania nam strat. Źle skoordynowany atak został szybko spacyfikowany finalnie bez strat własnych. Do naszych nowych „sojuszników” w wiosce (mając w głowie obraz sprzed kilku chwil) podeszliśmy z rezerwą. Nasze rozstawione dookoła czujki obserwowały teren podczas spotkania, nie dając przeciwnikowi szans na zaskoczenie nas – czy to z zewnątrz, czy wewnątrz wioski. Dostarczenie kablówki nie było końcem zadania – potrzebna była jeszcze studnia. Jako że w oddziale znaleźli się ludzie posiadający wiele talentów, kolejne zadanie zostało szybko wykonane. Budowanie relacji zakończone sukcesem.

 

Budowa studni i integracja z tubylcami

Budowa studni i integracja z tubylcami

Dzień pierwszy zbliżał się ku końcowi, a my czuliśmy niedosyt. Trochę poprawiło sytuację szybkie odrzucenie nękającego pobliską drogę przeciwnika, który akurat przerwał nam kolację. Nikt nie szczędził amunicji, która na wiele się nie przydała przez wcześniejszą część dnia. Plan nocnego działania pokrzyżowała przypadająca na wczesne godziny poranne nasza zmiana na posterunkach.

 

Część druga sprawozdania

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook