Mój chłopak się strzela, czyli kilka uwag o życiu z airsoftowcem

Wchodzisz do domu i potykasz się o buty… no cóż, to się zdarza, ale kiedy na twojej drodze od drzwi wejściowych do pokoju, liczącej niespełna 1.5 metra, potykasz się jeszcze o jakąś koszulkę w paski, spodnie w moro* i kaburę, a dodatkowo udało ci się wdepnąć w walające się tam kulki, to wiedz, że coś się dzieje… I gdybym to jeszcze ja zrobiła taki bałagan, to rozumiem, bo mam na tyle dużo ciuchów, żeby nimi rzucać po kątach, ale tym razem to on…

 

 

Dokładnie tak, wybiera się na strzelankę.

Nazywam się MM, mam 18 lat**, a mój chłopak jest airsoftowcem.
(Czeeeeeść MM, wspieraaamy Cię)

 

Blaski i cienie życia z airsoftowcem

Chociaż nie – nie chodzi tu o blaski i cienie, bilans zysków i strat, narzekanie lub liczenie plusów i minusów. Życie jest za krótkie żeby narzekać. Chodzi mi trochę bardziej o pewien specyficzny koloryt, kilka obserwacji i ciekawostek, małe studium przypadku. I zaspokojenie pewnej ciekawości – czy to tylko u mnie tak wygląda? Czy u innych dziewczyn airsoftowców da się zauważyć pewne podobieństwa i zbieżne obserwacje?

 

Ubrania

Wracając do ilości ciuchów… Opiszę na przykładzie, jak to wygląda co niedzielę, kiedy wybieramy się na obiad do rodziców:

ja: A nie masz jakiejś nowszej koszulki? Bo ta jest sprana, a ja założyłam ładną sukienkę….

on: No ale jest ładna.

ja: Była ładna na studiach, a one bezpowrotnie minęły…

on: No przecież jest dobra, o co ci chodzi?

ja: No to chociaż ją wyprasuj!

on: Jezu… No i o co tyle hałasu, wyprasuję i będzie dobrze …

 

 

Wyciągając konkluzje z tej krótkiej scenki rodzajowej: na co dzień lepiej go ubierać niż żywić, bo o ile sama mu czegoś nie kupię, to będzie w tym chodził dopóki się nie rozpadnie. Ciuchy airsoftowe z kolei… Oooo tak, to jest inny temat. Na koszulę z Wólczanki na wesele znajomych z ciężkim sercem wyciąga z portfela 150 zł, ale na jakiś podkoszulek w paski za 50 zł, albo spodenki “taktyczne” kosztujące więcej niż ta cholerna koszula z Wólczanki to nie tyle, że płaci bez żalu – on wręcz woła całym swoim jestestwem “shut up and take my money”. Podejrzewam po cichu, że wydaje na ciuchy dużo więcej niż ja, ale się nie przyznaje.

Fascynuje mnie to połączenie pogardy do tego, w co ubiera się na co dzień i niechęci do kupowania sobie jakichkolwiek ubrań, oraz kompletnie przeciwnej postawy odnośnie ciuchów airsoftowych.

Nowe jeansy? Po co, przecież mam, nie będę tracił kasy.
Nowe, czwarte już spodnie do munduru? Ale okazja, używane za 300 PLN, biorę!

Druga kurtka, bo stara ma już lata świetności za sobą? Po co, przecież nie będę chodził w dwóch kurtkach na raz.
Czwarty mundur? Zajebiście, chłopaki w teamie już takie mają, ale będziemy piękni!

 

Przebieranki

Wracając do projekcji z początku: wchodząc do domu i potykając się o “te” ciuchy wiem, że łazienka jest zajęta na co najmniej 2h, a on chichrając się jak mała dziewczynka robi sobie zdjęcia w mundurze i wymienia z kolegami uwagi na Messengerze, czy wystarczająco koszerne (a pomyśleć, że do niedawna to słowo kojarzyło mi się tylko z kuchnią żydowską…).

Z reguły wygląda to tak – na dzień przed strzelanką (o której zresztą często mówi mi w ostatnim momencie) podchodzi w pewnym momencie do szafy, zaczyna wyjmować swoje mundury i rozkładać je na podłodze. Wszystkie, bo czemu by nie. No a potem się zaczyna… Najpierw jedne spodnie i góra. Potem inne spodnie, ale góra ta sama. Potem wraca do pierwszych spodni, ale górę bierze z trzeciego kompletu. Później następuje żonglerka ekwipunkiem – jedna kamizelka, potem druga. Potem może jeszcze smiersz (tak, nauczyłam się i wiem co to jest). Kochanie, zrobisz mi zdjęcie? Szybka konsultacja na Messengerze. Jednak powrót do pierwszej. Tak, będzie najlepsza. Brać pistolet czy nie? Na pasie, czy na udzie? Czapka? Ale która? Znów powrót do kamizelki – przecież musi przełożyć na nią radio. Ale w którym miejscu? Aha, trzeba będzie przesunąć ładownice o jeden rządek w prawo. No to przesuwamy. I tak dalej…

 

 

No więc co robić kiedy już wiem, że coś się dzieje? Wracać do matki? Lepiej nie, bo przecież ostrzegała… i na co mi będzie gadanie… Iść się upić winem do przyjaciółki? Z częstotliwością kiedy to się zdarza zostałabym szybko alkoholiczką. Odpalić Zalando i włączyć głośną muzykę na słuchawkach? Lepiej nie, bo są przeceny, a ja już kupiłam pół Zary… Poczytać książkę? Ale jak tu się skupić przy tym chichraniu?  No więc wymyśliłam technikę jak sobie z tym radzić. A mianowicie…

 

Akceptacja

Akceptuję. A nawet partycypuję. Pukam dyskretnie do łazienki i mówię: no no, kolego, ładnie Ci w tej zgniłej zieleni. No i wtedy widzisz ten błysk w oczach. Tę radość, której nie jest w stanie wywołać na jego twarzy nawet obiad u matki (wcale nie gotuje lepiej ode mnie, ale on ma jakieś chore przywiązanie do smaków z dzieciństwa). No i uśmiecha się jak wariat i tak sobie wtedy myślę, że lubię go takiego uśmiechniętego. No i potem zaczyna się długie tłumaczenie dlaczego akurat ta koszulka do tego munduru i że ze względu na nową kolbę musiał coś tam przełożyć gdzieś indziej, a magazynki jeszcze gdzieś indziej i potem pada ciąg słów, które do niedawna nic mi nie mówiły, a teraz kiwam głową prawie jak ekspert i czasem nawet coś doradzę…

 

 

Co więcej, przyswoiłam sobie kilka podstawowych zwrotów, nazw i terminów więc czasem mogę zapunktować i rzucić coś w stylu „no rzeczywiście, gorka będzie najlepsza na tę porę roku” albo „oj, pasek na smierszu ci się zawinął”. A trzeba było zobaczyć jego minę, gdy powiedziałam, że jego replika wygląda lepiej z DTK niż z PBS. Bezcenna. Warto było poświęcić trochę czasu na sprawdzenie w Google czym jest ten cholerny DTK, a potem dla pewności podpytać jednego z jego kolegów.

(z drugiej strony – skoro ja mogłam się nauczyć rozróżniać te cholerne kamuflaże, tłumiki i różny szpej, to on mógłby w końcu ogarnąć różnicę między maskarą a kredką do oczu, no ale chyba nie można mieć wszystkiego).

No więc generalnie cieszę się jak wchodząc do domu potkam się o kaburę, bo wiem, że on jest w dobrym nastroju, na przebłaganie niedzielnej nieobecności upichcił cos na obiad i jak już dobierze sobie komplet na strzelankę, to usiądziemy razem i obejrzymy jakiś dobry film… najpewniej o wojnie 😉

Co o tym sądzicie, dziewczyny? Macie podobnie? Czy u Was przebiega to zupełnie inaczej? Z rozmów z koleżankami cierpiącymi na podobne przypadki kulek walających się po mieszkaniu wiem, że pewne elementy są zbieżne, ale ciekawa jestem Waszych opinii J

 

* tak, wiem, moro nie jest profesjonalnym określeniem

** no może trochę więcej, ale kobiet się o wiek nie pyta 😛

MM

9 Komentarze

  1. Syla napisał(a):

    Jakie to strasznie prawdziwe… lepiej bym tego nie napisała u mnie dokładnie tak samo na początku starałam się trochę protestować jak w niedziele zamiast pospać do pozna i zjeść raz w tygodniu razem śniadanie wstaje o 6 i biegnie do lasu 🙁 ale gdy zrozumiałam ile to dla niego znaczy stwierdziłam, ze w sumie do cholery to cieszę się ze ma pasje i mimo tego ze jest leniuchem potrafi wstać o 6! Dziewczyny airsoftowcow trzymajmy się razem 😃

  2. Kamila napisał(a):

    Witam.
    U mnie wygląda to nieco inaczej, z tego względu, iż ja i mój narzeczony wspólnie prowadzimy fascynujące życie airsoftowców.
    Jednak w tym co piszesz jest mnóstwo racji 😊 od przebieranek i dopasowywania munduru co jak pisałaś wiąże się z ciągłym dokupowywaniem nowych ubrań – bo to kolor czy styl inny, po szykowanie sprzętu i walających się kulek. Jest to wyjątkowy dzień,pełen wrażeń jeszcze przed samą strzelanką. Ja osobiście uwielbiam taki styl życia i nawet bałagan podczas przygotowań ma swój urok ❤
    Pozdrawiam serdecznie 😉

  3. Ania napisał(a):

    Najfajniej jest chodzić razem na strzelanki 😉 polecam gorąco.

  4. pi.asia napisał(a):

    O matulu, prawie jak u mnie! Tzn. mój się nie przebiera fafnaście razy, ale reszta zgadza się co do joty. Aha, nie znam słowa smiersz, ale szpej, multicam, kolimator, misja Afganistan, Contrabando, Mangusta mam obryte na maksa. Pozdrowienia od żony Rumcajsa z CONA (Twój będzie wiedział kto to jest)

    • Aleksiej napisał(a):

      Zapewne nie znasz słowa smiersz ponieważ to nazwa rosyjskiego oporządzenia, a znajomość słowa multicam sugeruje amerykańskie wyposażenie w użyciu 😉

  5. R napisał(a):

    Jebłam. Kolokwialnie mówiąc jebłam. Bez obrazy oczywiście 🙂 Ale ten tekst tak mocno zakrawa o hipokryzję że aż boli. Bo założę się, że Twój mężczyzna cierpi tak samo, kiedy okupujesz łazienkę wybierając się na imprezy, albo dyskutując o stroju z koleżankami. Naprawdę? Napisałaś cierpiętniczy tekst o tym, że Twój mężczyzna ma fajne hobby i chce je rozwijać? To nie jest wina bycia asgowcem że potykasz się o strój. Porozmawiaj z chłopakiem, żeby nie bałaganił i po sprawie. Tak, da się. Jakoś wspólnie z chłopakiem trzymamy cały nasz szpej w ładzie. Repliki mają swoje miejsce, mudry swoje, a mniejsze rzeczy typu ładownice czy magazynki są w osobnych pudłach z podpisem to R to G. Ten tekst mnie boli, autentycznie mnie boli. Mój komentarz nie ma na celu nikogo obrazić (zwłaszcza autorki), ale moim zdaniem jest śmieszny, naiwny i robiący z igły widły.

  6. Blincik napisał(a):

    Moja dziewczyna jeździ razem ze mną. Poznaliśmy się na strzelance 😀

  7. RR napisał(a):

    ale wam zazdroszczę . moja zona nie do konca mnie rozu,ie 🙁 od prawie miesiaca nie bylem na strzelance

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook