Garść lumenów w kieszeni – latarka G-Light S360

Garść lumenów w kieszeni – słów kilka o latarce taktycznej G-Light S360

Co tu dużo gadać, nieduże źródło światła uważam za absolutnie obowiązkową rzecz w prawdziwym EDC. O tym co uważam za „prawdziwe”, a co za „oszukane” EDC będzie traktował (kiedyś) osobny tekst, toteż tutaj skupmy się na towarze będącym tematem i tytułem. Z góry pragnę uprzedzić, że nie jestem lumenowym geekiem jakich wielu na światelka.pl czy torch.pl – z poniższego tekstu wyczytacie po prostu nieco subiektywnych wrażeń z użytkowania, a niestety (albo i stety) zabraknie tu analiz jakości diody, możliwości modowania, czy specjalistycznych parametrów strumienia światła.

G-Light S360

Latarka S360 marki G-Light w pełnej okazałości.

Dość długo jako światełko EDC nosiłem po prostu czołówkę Petzla, jednak pewnego dnia postanowiłem nieco odchudzić gabaryt Ekwipunku Dźwiganego Codziennie i okazało się, że czołówka jest nieco za duża jak na moje potrzeby i pierwszą linię EDC (nerka). Zacząłem więc poszukiwania latarki o klasycznym kształcie, jednak czegoś zdecydowanie (tak ze 2 razy) mniejszego niż latarki z mojej szuflady (choćby Mactronic M-Force). Wybór padł na nowego G-Lighta. Mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać, bo miałem wcześniej sporo do czynienia z taktycznymi latarkami tej marki. Jakie zatem wrażenia z użytkowania G-Light S360 mnie się nasunęły?

Rozmiar? Wręcz idealny do EDC.

Obudowa dość zwarta i solidna, z aluminium lotniczego – tak sobie myślę, że tutaj nie bardzo jest co zepsuć. Chyba tylko szkiełko (czy jak tam się to fachowo nazywa) mogłoby ulec pęknięciu, ale trzaby mieć dużego pecha aby tak niefortunnie o coś przywalić, bo brzegi szkiełka chroni kołnierz obudowy. W sumie takim niefortunnym przywaleniem mógłby być bezpośredni postrzał kulką airsoftową (albo czymś o… większej prędkości wylotowej 😉 ) ale wszak nie jest to światło do mocowania na broni. Moja G-Light S360 fruwała, spadała na kamienie, wygrzebywałem ją spod ziemi i spod wody i jedyne ślady to przetarcia farby. Świeci też niezmiennie dobrze i ciągle, nic nie przerywa.

Widok po rozkręceniu.

Tubus latarki rozkręca się na 2 części, gwint jest dodatkowo uszczelniony o-ringiem. Używałem latarki w mocnej ulewie oraz po zanurzeniu w wodzie i wszystko działa – obawiałem się o boczny przycisk, czy aby nie będzie achillesową piętą, ale wygląda na to, że woda nie nalała się przez niego do środka tak, aby uszkodzić cokolwiek. Nie wiem jak zniesie długotrwałe zanurzanie w głębokiej wodzie, ale producent deklaruje klasę odporności IP68, więc coś tam wytrzyma.

Wygodny i wytrzymały klips ułatwia jej noszenie np. w kieszeni spodni.

Ja wiem, że przy obecnej gonitwie technologicznej 360 lumenów to nie jest oszałamiający wynik, ale spójrzmy prawdzie w oczy – to podobna sytuacja jak z gonitwą na megapiksele w aparatach cyfrowych. Do codziennego użytkowania jako „wsparcie świetlne”, te 360 lumenów w trybie Turbo (a nawet 230-kilka w trybie „Mocnym”) to wystarczająco dużo, a wielu znajomych wytrzeszczało szeroko gały po ujrzeniu jak mocne światło potrafi wygenerować ten maluch. Jak rozumiem owo „wsparcie świetlne”? Rozmaite sytuacje EDC, czyli doświetlenie w ciemnym korytarzu, piwnicy, pod samochodem, przy nagłej awarii prądu, w terenie (gdy czołówka nie wyrabia i szukamy szlaku wymalowanego na pniu) czy podczas wyjścia z domu po drzewo w zimowy wieczór. Zasilanie to 1 x bateria CR123 bądź odpowiedni akumulator. Nie liczyłem nigdy na ile realnie wystarcza jedna „ceerka” (producent podaje 1,5h ciągłej pracy w trybie Turbo), ale przez jakiś rok użytkowania wymieniałem baterię max 2 razy. Zaznaczając oczywiście, że to światło awaryjne, które większą część czasu spędza spokojnie w nerce albo kieszeni spodni. Trybów w sumie jest tu aż 6 – poza kilkoma mocami świecenia również zaprogramowany sygnał „SOS” oraz obowiązkowe „strobo”.

Bez problemu może zastąpić również latarkę czołową.

 

Fajnym smaczkiem latarki G-Light S360 jest klips – dość twardy, więc zahaczony o brzeg kieszeni będzie trzymał solidnie, ale główną jego zaletą jest możliwość jego wypięcia i przełożenia o 180 stopni – jak komu wygodnie. Dzięki temu można zaczepić latarkę np. o daszek czapki i używać jako czołówki – co jest naprawdę solidnym atutem! Boczny guzik/włącznik odnotowuję in plus, bo przy tak małych wymiarach latarki naprawdę wygodnie obsługuje się ją włącznikiem na boku niż klasycznym – z tyłu tubusu. Sam włącznik jednak wydaje mi się najsłabszym elementem latarki – jeśli coś może ulec uszkodzeniu w tym aluminiowym monolicie, to właśnie ten gumowy guziczek.

Zawartość pudełka.

Słowem podsumowania –  G-Light S360 to fajna, solidna latarka, która choć chińskiej produkcji (w sumie… co w dzisiejszych czasach nie jest chińskie?) spełni doskonale swoje zadanie jako lekkie i odporne, zapasowe źródełko mocnego światła, które zawsze możemy mieć przy sobie – po to aby wsadzić do nerki czy plecaka i zapomnieć o niej. Do czasu aż nagle zgaśnie światło, siądzie czołówka, drogi długopis-kubotan wpadnie pod łóżko albo Wróg wyłączy prąd w całym mieście w pewną grudniową noc…

Zady i Walety:

+ solidna obudowa

+ moc świecenia idealna do EDC

+ obustronny klips

+ wygodny, boczny włącznik

+ mała i lekka

 

– brak magnesu w nakrętce (spotykany patent u konkurencji)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook