Przygodowy Rajd na Orientację “Tropiciel”

Tropiciel 2016

Jako, że chodzić lubię (im więcej i dłużej – tym lepiej!) a mapa mi nieobca, toteż na bieg „Tropiciel” wybierałem się od dawien dawna, jednak zawsze wyrastały jakieś przeszkody – a to kiepski termin, a to brak kompletu do załogi (minimum 4 osoby na trasach pieszych), a to problemy z dojazdem. Jednak cierpliwość została wynagrodzona i nareszcie przytrafiła się okazja wyjazdu – co prawda na edycję śląską, więc najdalej od Wrocławia zlokalizowaną, ale za to 20-tą: jubileuszową! Tak się złożyło, że ¾ naszej drużyny (w tym ja) przenigdy styczności z imprezami na orientację nie miało, więc bez zbędnych dyskusji spakowaliśmy lekkie plecaki, nieco żarcia, czołówki, wodę dla psa (5-ty członek drużyny, a jakże!) i ruszyliśmy w sobotnie popołudnie na Śląsk, a dokładniej do miasteczka o nazwie… Miasteczko Śląskie.

Tropiciel

Tropiciel 2016 to taka impreza, gdzie można sobie wybrać jeden z wariantów uczestnictwa – trasa piesza, rowerowa, nawigacja klasyczna, z urządzeniem GPS, męska, mieszana, etc etc – co kto lubi. Drużyny wypuszczane są na trasę o określonych godzinach, coby uniknąć tłoku na trasie – tylko pierwszy punkt jest obowiązkowy jako „pierwszy”, wszystkie pozostałe można zaliczać w dowolnej kolejności i aby zostać sklasyfikowanym trzeba oczywiście zdobyć komplet. Na naszej trasie nie było punktów „bezosobowych”, na każdym czekała na nas obsługa z pewnym zadaniem do wykonania i dobrym słowem na drogę. 2100 była godziną startu naszej ekipy, pozostało więc pobrać mapę, strzelić grupowe zdjęcie na pamiątkę i ruszyć ku przygodzie! Niczym Czterej Pancerni i pies przez Odrę do Berlina.

Start o 2100 oznaczał, że sporą część drogi musieliśmy pokonać w ciemnościach, więc czołówki (obok kompasu) były najważniejszymi elementami ekwipunku. Trudny teren i noc zweryfikowały też szybko nasze zapędy do pokonania trasy „na biegowo” i nawet proste odcinki pokonywaliśmy szybkim marszem – takie było też nastawienie większości uczestników, bo choć my wyglądaliśmy ze swoim sprzętem prawie jak na starcie górskiego ultra, mijaliśmy po drodze ekipy oszpejone „na ciężko”, w wysokich buciorach, jeansach i kraciastych koszulach. I to stanowiło też o klimacie i rajdowym charakterze tej imprezy – tutaj nie podium jest najważniejsze, ale dobra zabawa. Choć zwycięzcy trasy wykręcili świetny wynik 8h, więc nie do końca było tak spacerowo!

Cała impreza posiadała tło fabularne (wypadek w pobliskiej kopalni i skażenie terenu), choć odnieśliśmy wrażenie, iż dodano fabułę trochę na siłę – aby choć trochę posklejać zadania na punktach w logiczną całość. Ciekawostką był nieoznaczony na mapie „Punkt G”, do którego położenia miały nas zaprowadzić wskazówki zbierane na trasie (pierwszą dostaliśmy już na starcie) i który był obowiązkowy do zaliczenia całej trasy. Trzeba było mądrze to rozegrać, aby nagle po rozwiązaniu zagadki nie okazało się, że mityczny PK G znajduje się na drugim krańcu mapy… W każdym razie – ruszyliśmy dziarsko. Zachodzące słońce, tory kolejowe i pobliska huta cynku z wielkimi kominami sprawiają, że czujemy się niczym Stalkerzy w Zonie. Idzie się pięknie i oto niebawem przed nami pierwszy…

Etapy biegu

PK C (Góra) – proste zadanie polegające na odgadnięciu oznaczeń niebezpiecznych materiałów, piktogramów i takich tam. Tutaj dostajemy drugą wskazówkę mającą nas doprowadzić do PK G i niestety nadkładamy przez tę wskazówkę nieco drogi, wspinając się bez sensu na Jurną Górę – jak się okazało, góra ta miała znaczenie jedynie kartograficzne i nie trzeba było osobiście się tam pakować. Nic to, nie czas żałować róż gdy trasa czeka. Rzut okiem na mapę i lecimy na…

PK F (wiata Leśnictwa) – jeszcze prostsze zadanie polegające na… rozwinięciu, połączeniu i zwinięciu dwóch węży strażackich. Szybki posiłek, bo w brzuchach zaczęło ssać, po czym ruszamy wzdłuż malowniczych kempingów i domków letniskowych rodem z poprzedniego ustroju do…

PK X (strumień) – jeden z bardziej klimatycznych punktów: strumień, drewniany mostek i powtykane pochodnie + prosta zagadka o tematyce grzybowej. Nie spędzamy tam wiele czasu i lecimy na kolejny punkt, oddalony o ładny kawałek drogi, czyli…

PK L (sztuka współczesna) – droga wydawała się prosta, jednak ciągnęła się strasznie długo i pod sam koniec napotkani rowerzyści wskazali nam najszybszy kierunek. Na punkcie szybkie układanie puzzli i muffinka w nagrodę – przyszła pora na kilka minut odpoczynku, bo napieramy wciąż dość szybko i zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Dalej lecimy mijając zabudowania Bibieli do…

tropiciel_3

PK P (ruiny)+ zatopiona kopalnia – pod sam koniec dojścia pojawiają się największe chyba podczas biegu Tropiciel problemy nawigacyjne… rzeczywistość rozjeżdża nam się z mapą i tylko spory ruch dokoła punktu P pozwala dotrzeć na miejsce. Tu witają nas airsoftowcy w oporządzeniu i z replikami, rozwiązujemy prosty test obrazkowy o tematyce militarnej i ruszamy wykonać dodatkowy quest, bez którego nie damy rady zaliczyć Punktu G (o ile w ogóle go znajdziemy). Po chwili marszu czekało nas przy zalanej kopalni jedyne zadanie bardziej „ruchowe”, czyli mikro-tyrolka, gdzie zasiadając w specjalnej uprzęży należało opuścić się nad brzeg jeziorka i nabrać próbkę „skażonej” wody. Był to jedyny punkt na trasie w którym pojawiła się niestety kolejka, ale wynagrodziły ją okoliczności, w jakich przyszło nam przeczekać ten zator – akurat zaczęło świtać, więc dokoła rozciągał się powoli wyciągany z mroku las, obudziły się ptaki, a jednocześnie ludzie nie zdążyli jeszcze powyłączać czołówek i lampek rowerowych, co w połączeniu z postępującym brzaskiem wytworzyło niesamowity klimat. Każdy, kto doświadczył kiedyś świtu w terenie z pewnością wie, o czym mówię. Jednocześnie wraz z pierwszymi promieniami słońca zaczęło wzrastać morale i pojawiły się nowe siły! To co, teraz z już górki!

PK H + PK A – podczas walki o 2 ostatnie PK nieprzespana, zimna noc daje o sobie znać – tempo spada, ale nawigujemy nadal sprawnie i pomimo długich, nudnych fragmentów drogi sprawnie odnajdujemy oba punkty. To w sumie była bolączka sporej części trasy. Punktów było stosunkowo niewiele, więc gros czasu zajmowały niekończące się przejścia leśnymi duktami i ścieżkami wyrysowanymi niczym od linijki.

W międzyczasie udaje nam się poskładać wszystkie elementy układanki i lokalizujemy (a przynajmniej tak nam się wydaje) Punkt G! Docieramy do niego już przy palącym słońcu ok 0800 rano, przebijając się przez wydmy, piaski i skarłowaciały, wypalony las, mając w tle wspomnianą już hutę cynku – Stalker pełną gębą! No i meta na horyzoncie, więc choć zmęczeni, ruszamy w ostatni etap wędrówki i wpadamy na metę chwilę przed 0900 – udało się zaliczyć wszystkie punkty i zmieścić w limicie! Jak na nasz debiut w INO – pełen sukces, tym bardziej, że z 48 drużyn na naszej trasie ukończyło ją w całości tylko 20!

Słowem podsumowania – wielkie dzięki dla organizatorów, dla zaangażowanych do samego końca ludzi na punktach i wszystkich Tropicieli spotkanych na trasie. Aż chce się wracać na takie imprezy, imprezy tworzone bez wielkiej pompy i sztucznego rozmachu, ale tworzone konsekwentnie i z pasją. Bo gdy w jednym miejscu spotyka się pasja tak wielu różnych ludzi, efekt końcowy po prostu musi się udać! Ja już mam ochotę na więcej i czuję, że złapałem haczyk INO. Może 60km, może atak na poprawę wyniku – czas pokaże. Do zobaczenia na trasie!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook